niedziela, 14 stycznia 2018

Opozycja parlamentarna zawiodła. Ale problem pozostaje

Część parlamentarzystów dwóch do tej pory zdeklarowanych partii opozycyjnych zachowała się fatalnie i głupio w głosowaniu nad nadaniem dalszego biegu jednego ze społecznych projektów ustaw, nazwanym umownie "Ratujmy kobiety", a będącym po prostu przyznaniem kobietom praw, które Organizacja Narodów Zjednoczonych zalicza do praw człowieka. Fatalnie, bo nie biorąc udziału w głosowaniu lub głosując przeciw nie uszanowali wysiłku setek tysięcy osób, które podpisały się pod projektem i tysięcy tych, którzy zaangażowali się w zbieranie podpisów, czyli takich m.in. jak ja. A głupio, bo przecież nie szło o przyjęcie ustawy, tylko o jej dalsze procedowanie, w tym poddane w wyniku prac komisji sejmowych drugiemu i trzeciemu czytaniu. Więc nie chodziło o danie wyrazu przekonaniom religijnym, a tylko o procedurę sejmową, której znajomości przecież wyborca ma prawo od parlamentarzystów oczekiwać.
A do tego niektórzy z nich wręcz idiotycznie się tłumaczyli, na przykład, że nie zdawali sobie sprawy, że ich głos jest taki ważny. 
Część tych posłów do tej pory pojawiała się na protestach, wygłaszała płomienne mowy o potrzebie obrony instytucji prawa i praw człowieka. I same przekreśliły wartość swoich słów oraz zamknęły przed sobą możliwość ewentualnych dalszych wystąpień. Bo z pewnością będą one kwitowane buczeniem i gwizdami.  Mam obawy, że spotka to także ich kolegów i koleżanki z obu partii, którzy zagłosowali jak na opozycję przystało*.

środa, 10 stycznia 2018

Nie być obojętnym

Moja lubiana i ceniona koleżanka po fachu po kolejnym moim wpisie na Facebooku zasugerowała, żebym się tak bardzo nad stanem rzeczy w Polsce i sposobem przekazu w jednej z niezależnych (od rządzących) stacji telewizyjnych nie wyzłaszczał. Że lepiej pójść na spacer i zachwycić się słoneczną aurą i świergotem wróbli.
Mogłem odpowiedzieć, że wieczorem już ani zimowe niebo nie jest tak piękne, ani wróble już nie ćwierkają. Ale poniosło mnie i odpowiedziałem chyba zanadto złośliwie. Co się kilku osobom nawet spodobało.
Z jednej strony owa koleżanka ma rację. Mogę sobie programów Moniki Olejnik nie oglądać, bo ona sama niczego wartego uwagi do dyskursu publicznego od dawna nie wnosi. Ale czasem daje szansę innym i z tego względu dość często te programy oglądam. Czasem, gdy wiadomo z góry, co jej gość powie, daruję sobie, a czasem poprzestaję na obejrzeniu pierwszych paru minut. Nie potrafiłem jednak usiedzieć spokojnie, gdy ta, ongiś dobra dziennikarka nie pozwoliła Ryszardowi Petru opowiedzieć o jego nowej inicjatywie, próbując zmusić go do ulubionych przez siebie ploteczek. Następnego wieczoru jednak spijała z ust prezydenckiego ministra prof. Zybertowicza jego wyśmiane już teoryjki spiskowe. Oczywiście po paru minutach przestałem to oglądać, ale na Facebooku dałem wyraz swemu zniesmaczeniu. 

piątek, 29 grudnia 2017

Moralna panika wobec kryzysu migracyjnego

W święta Bożego Narodzenia, zwłaszcza w kontekście wieczerzy wigilijnej, gdy tradycyjnie stawia się nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, odżył temat przyjęcia uchodźców. Stał się on istotnym wątkiem kazań podczas pasterki. Papież Franciszek, który z bliska widział tragedię ludzi na Lampeduzie, postawił go nieomal na ostrzu noża. Polscy biskupi poruszyli go jakby półgębkiem lub przemówili językiem, którego sam Ezop by nie prześcignął, a biskup Głódź po raz kolejny zhańbił się mową nienawiści.
Nienawiść, pomieszana z lękiem, a mająca swe źródło w stereotypach podsycanych przez rządzących i sprzyjające im media, przelewa się też na forach dyskusyjnych, do których asumpt stanowi każdy artykuł czy wywiad choćby tylko zatrącający o ten temat. Jak to się stało z wywiadem ambasadora UNICEF, popularnego aktora Artura Żmijewskiego. I niestety, goszcząca też wokół niejednego świątecznego stołu. Szczęśliwie, nie w mojej rodzinie.
Piszę o tym, bo akurat kilka dni temu zamknąłem po kilkuwieczornej lekturze (co wieczór jeden rozdział) niewielkiej książeczki (128 stron niedużego formatu) Zygmunta Baumana Obcy u naszych drzwi (PWN, 2016). Zmarły niedawno wielki uczony z właściwą sobie wnikliwością analizuje i wyjaśnia reakcję polityków i społeczeństw Europy na narastającą dość gwałtownie w latach 2015 i i 2016 falę emigracji i uchodźstwa z bliskowschodnich i północnoafrykańskich krajów ogarniętych wojnami, głodem lub rządami terroru. Z natury rzeczy ludzie ci uciekają do najbliższych europejskich krajów, Włoch, Grecji (a właściwie należących do tych państw wysp na Morzu Śródziemnym) oraz Turcji i Jordanii. Gdzie otrzymują elementarną pomoc, ale próbują szukać warunków, w których mogliby żyć mniej więcej normalnie, choć z daleka od ojczyzn i swoich rodzin, móc zarabiać na życie, wychowywać dzieci i posyłać je do szkoły.
W części europejskich krajów krajów znajdują zrozumienie i pomoc, a rządzący w tych krajach rozumieją, że w sytuacji kryzysu demograficznego zyskują potrzebne ręce do pracy. Tym bardziej, że wśród uchodźców, zwłaszcza z krajów bliskowschodnich, duża część ludzi ma wyuczone kwalifikacje i doświadczenie zawodowe. Państwa te miały prawo liczyć na solidarność ze strony innych państw europejskich. Miał im w tym pomóc plan relokacji uchodźców, który w jakimś stopniu się powiódł.

środa, 6 grudnia 2017

Nowe hasło: Precz z PiS-em!

Kiedy dwa lata temu PiS zaczął demolowanie systemu demokratycznego Polski i osamotnianie jej w polityce międzynarodowej, na co odpowiedzią było m.in. powołanie Komitetu Obrony Demokracji, rozpoczęła się dyskusja nad tym, w jaki sposób poszerzać front sprzeciwu. Pojawił się dość szybko projekt nowej, lepszej konstytucji, który miałby zabezpieczać Polskę przed ewentualnymi następnymi wandalami, m.in. przez stworzenie poprawę mechanizmu powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Dziś już dla każdego, z wyjątkiem co naiwniejszych posłów ugrupowania Kukiz'15, jasne jest, a w każdym razie jasnym być powinno, że jak do władzy dochodzą wandale, to niszczą wszystko, nawet najlepsze prawne zabezpieczenia.
Dość zgodnie głoszono, że niemożliwy jest, a w każdym razie mało atrakcyjny dla wyborców powrót do polityki wewnętrznej sprzed października 2015 roku. Że trzeba pracować nad bardziej prospołeczną koncepcją rządzenia. Głosili to politycy partii opozycyjnych, szczególnie PO oraz lewicowe ugrupowania pozaparlamentarne, a przede wszystkim zdający znać się na wszystkim publicyści, wytykający przy okazji błędy poprzedniego rządu. Byłem zresztą podobnego zdania, o czym tu pisałem.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Daremna śmierć Szarego Człowieka (?)

Jutro minie 40 dni od au-da-fe Piotra Szczęsnego przed Pałacem Kultury. Kilka dni potem umarł. A że stało się to tuż przed Świętem Zmarłych, na wielu cmentarzach całej Polski wydzielono miejsca, w których przychodzący odwiedzić groby swoich bliskich, mogli zapalić znicze także dla Niego.
W wielu miastach też upamiętniono tę śmierć przez organizowanie manifestacji na centralnych placach. Zapalono znicze i rozwinięte napisy informujące o istocie rzeczy. Czytano też zgromadzonym  na głos manifest i rozdawano jego egzemplarze osobom zatrzymującym w miejscach tych manifestacji lub przechodzącym.
Nie wiem, jak to wyglądało gdzie indziej poza Warszawą, gdzie można mówić o o setkach, może tysiącu ludzi, we Wrocławiu  w Rynku, przy Pręgierzu jednego wieczora było nas może dwadzieścioro kilkoro, drugiego pięćdziesięcioro. Zatrzymało się i wzięło ulotki może drugie tyle, a trochę ludzi wzięło ulotki i poszło sobie dalej. Najczęściej jednak omijano nas z daleka, chowano ręce za siebie, a czasem słyszeliśmy coś o Sorosu lub wezwania, żebyśmy wzięli się do roboty. O 20.00 w ciemny listopadowy wieczór! Chciałem spytać te  starszą panią, co ona robi w ten wieczór w Rynku, ale lepiej było udać, że się nie słyszy.
A potem Piotr Szczęsny został z honorami i wzruszającym kazaniem ks. Bonieckiego pochowany, a w gazetach pojawiły się dość licznie klepsydry o śmierci i pogrzebie "Szarego Człowieka".

sobota, 18 listopada 2017

Mamy faszyzację Polski, czy jeszcze nie?

O wnioskach z historii mówi się rozmaicie. Starożytni mawiali ponoć, że historia jest nauką życia. Hegel był jednak co do tych nauk sceptyczny, skoro powiedział, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła. Zaś Marks orzekł, że historia się powtarza, ale w postaci farsy. Nad tym wszystkim unosi się memento sformułowane nie wiem już czy przez Parkinsona, czy Petera, że ze wszystkich scenariuszy przyszłości zwykle spełnia się ten najgorszy.
Sam skłonny jestem do przyznania racji Heglowi. Czyli, że historia lubi się powtarzać. Niestety, większość albo jej dostatecznie nie zna, albo sobie z jej nauk nic lub niewiele robi.
Piszę  o tym w kontekście zdarzeń z ostatnich dwóch lat, a które nabrały teraz przyspieszenia. Rok temu zdarzały się poturbowania manifestujących pod sztandarami Komitetu Obrony Demokracji, wobec których rządzący okazali ustami swojej rzeczniczki zrozumienie. W grudniu zaczęło się nękanie legalnie protestujących poprzez legitymowanie ich oraz wzywanie na policję w celu złożenia wyjaśnień i ewentualnie nakładanie pieniężnych kar porządkowych pod absurdalnymi oskarżeniami, byle tylko dopasować je do kodeksów. Do tego latem doszło do usuwania manifestujących z ulic i zatrzymań na posterunkach policji, co jednak nie jest tak formalnie nazywane. Ostatnio zatrzymani bywali wożeni z posterunku na posterunek, żeby wydłużyć w czasie ich ograniczenie wolności. Zatrzymany został nawet dziennikarz tygodnika "Polityka". Służyć to ma zastraszaniu obywatelki i zniechęcaniu ich do aktywności obywatelskiej. W listopadzie samospalenia na znak protestu wobec polityki rządu dokonał Piotr Szczęsny. Zamiast otrzeźwienia w szeregach rządzących spowodował tylko ich wzruszenia ramion, a w prorządowych mediach nieprzystojne przyzwoitym ludziom drwiny.

sobota, 11 listopada 2017

Do czego to prowadzi? Gdzie my żyjemy?

Kiedy blisko trzy lata temu pisałem tu o nadchodzącym faszyzmie słyszałem w rozmowach, że niepotrzebnie histeryzuję, podobnie jak sędziwy prof. Jedlicki, którego głos na swoim blogu przywoływałem. Podobne reakcje wywołał mój wpis z początku tego roku, gdy symptomy grozy stawały się coraz bardziej wyraźne, gdyż gołym okiem widać było, że Polska brunatnieje i coraz bardziej podobne do tego, co się działo na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych w Niemczech i Austrii, gdzie jednak rządzący od ruchów skrajnie nacjonalistycznych się dystansowali i nawet nie okazywali im zrozumienia. Choć zarazem byli coraz bardziej wobec nich bezsilni.
Mam nadzieję, że po tym, co się stało parę dni temu i dziś, gdy policja aresztuje (ona to nazywa zatrzymaniami na okoliczność potrzeby spisania) ludzi prewencyjnie i nie tylko toleruje manifestacje neofaszystów, ale i je ochrania, mimo że ci łamią prawo. Bo czymże jest zapalanie rac na ulicach ze świadomością, że narusza się ustawę o zgromadzeniach publicznych i że ich resztki mogą spaść i ranić ludzi. We Wrocławiu skończyło się to nadpaleniem włosów jednej z osób, która przyszła okazać neofaszystom dezaprobatę.
Zaś ci nie niepokojeni przez policję szli w dużej części umundurowani, z faszystowskimi opaskami na rękawach, z takimiż sztandarami i wykrzykiwanymi hasłami, gęsto okraszanymi wulgaryzmami. Za rapowane na imprezie na ogrodzonym terenie Jurek Owsiak znacznie łagodniejsze teksty stawał przed sądem i został - co prawda mało dotkliwie - ukarany.