czwartek, 3 maja 2018

Liberał to nie epitet

W systemie gospodarki nakazowo-rozdzielczej tęskniliśmy do gospodarki wolnorynkowej. Zachwyciliśmy się nawet reformą Mieczysława Wilczka pod rządami Rakowskiego, polegającej na niemal całkowitych wolnościach gospodarczych. Jeszcze dalej poszedł Leszek Balcerowicz po objęciu rządów przez ekipę solidarnościową po wygraniu wyborów w 1989 r., który prywatyzował wszystko co się dało.Nawet dobrze prosperujące państwowe przedsiębiorstwa rolnicze.
Szybko jednak okazało się, że na tej swobodzie skorzystali spryciarze, którzy mając tzw. dojścia uwłaszczyli się na prywatyzowanych przedsiębiorstwach i ich majątkach. Ujawniły się też afery wynikające z nieszczelności systemu celnego, np. związane z importem alkoholu czy papierosów.
Kolejne rządy zmuszone były więc zatykać te dziury, co spotykało się jednak z krytyką przedsiębiorców, ale i mediów zajmujących się gospodarką, i wyrażaniem tęsknoty za wolnością stworzoną przez Wilczka. Drogą wytyczoną przez Balcerowicza szły kolejne ekipy rządowe, a wręcz prymusem  okazywały się rządy po-PRL-owskiej lewicy. W efekcie mimo głoszonych haseł o zapewnieniu dla wszystkich równych szans pogłębiało się rozwarstwienie społeczne obywateli, przyhamowane (ale nie zatrzymane) dopiero pod rządami koalicji PO-PSL, na co wskazuje malejący tzw. czynnik Giniego, będący narzędziem pomiaru równości ekonomicznej.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

O tym, jak Polacy donosili do niemieckiego okupanta


Kto zna bliżej historię własnego narodu, ten wie, że w przeszłości nie był on bezgrzeszny, jak by chcieli widzieć go - i pokazywać światu - dzisiejsi spece od polityki historycznej. Był po prostu taki, jak inne narody w naszym kręgu cywilizacyjnym. Miał w swej historii okresy chwały, ale i epizody będące powodem do wstydu, miał swoich bohaterów, ale miał i zdrajców, miał ludzi przyzwoitych, ale i  szubrawców. Choć przyznać trzeba, że aby móc tak twierdzić z całą pewnością, trzeba by lepiej znać historię innych narodów.
Mam przed sobą niewielką rozmiarami książkę znanej badaczki losów Żydów w naszych dziejach najnowszych Barbary Engelking Szanowny panie gistapo : donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941, wydaną przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów.
Jest to analiza zbioru ponad 200 donosów obywateli polskich do władz okupacyjnych z lat 1940-141 przechwyconych w większości przez jedno z ugrupowań Armii Krajowej, którego zadaniem było przechwytywanie w urzędach pocztowych pism, najczęściej anonimowych, w obawie przed wykryciem przez konspirację antyniemiecką, i ostrzeganie osób, na które donoszono przed grożącym im niebezpieczeństwem. Z tego powodu na wielu z nich były odręczne adnotacje o próbach zastania ich pod wskazanymi adresami. Czasem próbach kilkakrotnych.

niedziela, 8 kwietnia 2018

PiS-owska polityka bezwstydu może okazać się ozdrawiająca

Polityka historyczna PiS-u miała na celu zastąpić rozwijającą się z trudem debatę na temat zachowań ludności polskiej w czasie ostatniej wojny, które zwłaszcza historycy IPN, a za nimi politycy PiS nazwali "polityką wstydu", swoiście rozumianą polityką godności.
Rzecz w tym jednak, że z wyjątkiem lat 2005-2007 właściwie trudno mówić o jakiejkolwiek polityce historycznej państwa. Badania historyczne na uniwersytetach, w Polskiej Akademii Nauk  i rozmaitych innych placówkach badawczych rozwijane były bez ingerencji państwa. Nawet w Instytucie Pamięci Narodowej badania nad historią najnowszą Polski miały charakter wielonurtowy, choć jednostronny metodologicznie, gdyż większość tematów badawczych miała w tytule dodane "w świetle akt bezpieki", albo przynajmniej powinna była mieć.
Forsowana przez nowe kierownictwo IPN i jego radę naukową , a wspierana przez rząd, w tym szczególnie przez ministerstwo sprawiedliwości oraz ministerstwo kultury, polityka godności narodowej, sprowadza się do wybielania ciemniejszych kart polskiej historii, a eksponowania zbrojnych czynów bohaterskich. Widać to w skandalicznych zmianach wystaw i stałych ekspozycji w Muzeum II Wojny Światowej, tak, żeby ukryć hekatombę ludności cywilnej, a pokazać wojnę jako okazję do wojaczki, w podręcznikach historii - i - jak na razie bezowocnych - próbach doprowadzenia do filmów fabularnych ukazujących zwycięskie batalie w polskiej historii. Ale też w atakach na kierownictwa muzeów związanych z Holokaustem.

niedziela, 4 marca 2018

Marzec '68 w mojej pamięci

Z antysemityzmem spotkałem się pierwszy raz jako dzieciak. Do mojego taty, który był osobą towarzyską i gościnną lubili zaglądać nasi sąsiedzi. Na stół wędrowała nasza lub przyniesiona przez kogoś półlitrówka z czerwoną kartką, mama przygotowała naprędce kanapki i zaczynała się dyskusja na bieżące tematy polityczne, w których ścierały się informacje z Polskiego Radia, Wolnej Europy lub Radia Londyn oraz wspominki z wojny. Jedni byli na froncie, inni, przesiedleni z Wołynia, wspominali napaści banderowców, a inni chcieli posłuchać tych, którzy mieli jakieś dramatyczne wspomnienia. Zapamiętałem padające nazwiska de Gaulle (tak właśnie wymawiane) i Churchilla (też tak wymawiane, choc w radiu wymawiano je  zgodnie z wymową francuską i angielską). I w czasie takiej  pogwarki usłyszałem kiedyś, że Hitler to był sk...syn, ale jedno dobre co zrobił, to wybił Żydów. Do dziś nie mam pewności, czy to nie był mój tata. Który pamiętał ich z dzieciństwa i młodości, ale nigdy nic złego o nich nie mówił.
Drugi raz spotkałem się z tym zjawiskiem na katechezie w kościele w Złotoryi. Prowadzący ją ksiądz, który wcześniej był wikarym w mojej rodzinnej parafii, pouczał nas, licealistów, żeby Żydom, kociej wierze i lutrom, których nam we właściwy sobie sposób opisał, nie podawali ręki, a najlepiej, żebyśmy splunęli pod nogi. Więcej już tam nie poszedłem.
A potem dopiero zobaczyłem to z bliska jako uczestnik obozu wojskowego w jednostce w Opolu. Mój kolega kompanijny, z ówczesnej Wyższej Szkoły Muzycznej, wyżalił mi się, że podoficerowie i oficerowie z tej jednostki poniewierają nim, wytykając mu żydostwo i dość pokaźną tuszę. Zadawali mu dodatkową musztrę, gimnastykę, czołganie itp. Nie miałem wiele do stracenia, bo  złapałem przepuklinę i spędzałem czas na tzw. izbie chorych i lada dzień miałem wyjechać do szpitala. Wdziałem mundur i zgłosiłem się do raportu do naszego dowódcy kompanii w randzie podpułkownika. Wysłuchał mnie i zapewnił, że zajmie się sprawą. Alle czy się zajął,  czy na obietnicy się skończyło, nie znam odpowiedzi. Kolegi chyba więcej nie spotkałem, a rok potem dowiedziałem się, że emigrował.


Wyjechał też mój kolega z roku. Nie wiedziałem, że był Żydem, ale miał dziewczynę  Rachelę i opowiadał nam, że wyjedzie z nią i jej rodziną, a potem (pamiętam jego słowa) puści ją w trąbę. Ale dwadzieścia lat później odwiedził mnie już jako Australijczyk i mąż owej Racheli.
Ale kilka miesięcy wcześniej, chyba jeszcze w końcu lutego zostałem, no, powiedzmy, zaproszony na wydziałowe zebranie członków ZMS. Byłem zapisany wraz z całą klasą do tej organizacji jako uczeń X klasy liceum w Złotoryi (nasza wychowawczyni była członkinią egzekutywy Komitetu Powiatowego PZPR i musiała się wykazywać). Zebranie prowadził starszy o rok czy dwa student polonistyki, nazywał się chyba Czesław Lewandowski, zwykle modnie ubrany, łącznie z wielkimi okularami. Napadł na nas zebranych, że nie jesteśmy ideowi, że nie dajemy przykładu socjalistycznego stylu życia, że nie dostrzegamy podnoszącego głowę żydostwa i mówił na coraz wyższej nucie.
Wróciłem do instytutu (wtedy jeszcze katedry) i poprosiłem naszego opiekuna roku, żeby nam zorganizował zebranie po którymś wykładzie. Okazało się, że mało kto spośród ponad czterdzieściorga studentów drugiego roku nie był w ZMS! Opowiedziałem o przebiegu zebrania wydziałowego, któraś z koleżanek potwierdziła, że tak było i ogłosiłem, że składam legitymację. Tego dnia nie miałem jej przy sobie, zapowiedziałem więc, że przyniosę następnego dnia. Inni też przynieśli i uzbierał się ich pokaźny stos. Jeden z kolegów zasugerował, żeby je wrzucić do ubikacji. Tak też zrobiliśmy.
Dopiero dwadzieścia lat później dowiedziałem się, że zostało mi to zapisane i "chodziło za mną" przy każdej decyzji kadrowej. Ale bez specjalnych negatywnych konsekwencji.
A potem rozeszła się wieść o demonstracji studentów Uniwersytetu Warszawskiego pod pomnikiem Mickiewicza w Warszawie w sprzeciwie wobec zdjęcia ze sceny Teatru Narodowego Dziadów w inscenizacji Dejmka i aresztowaniu kilkorga studentów. Radio i telewizja z lubością podkreślały semickość nazwisk Michnika, Szlajfera, Blumsztajna i jeszcze paru osób. Reakcją było wezwanie do strajków solidarnościowych. Nie można było nie wziąć udziału.
Reprezentacyjna uniwersytecka Aula Leopoldina zapełniła się jak chyba nigdy przedtem ani potem. Przemówił do nas rektor prof. Alfred Jahn, apelując o rozwagę i godne zachowanie oraz zapewniając, że zrobi wszystko, żebyśmy czuli się bezpiecznie. Padały komunikaty o strajkach w innych uczelniach, o próbach wdarcia się do gmachów uczelni milicji, o knowaniach studentów zrzeszonych w ZMS, wygłaszano wzywające do bojowej postawy przemówienia. A spaliśmy tam, gdzie siedzieliśmy lub stali. Ja na stopniu podestu przed jedną ze stalli. Nie wiem czy sam się zgłosiłem, czy ktoś mnie zgłosił do zaopatrzenia strajkujących w żywność. Dość, że między naszym akademikiem przy ul. Pocztowej a gmachem uniwersytetu kursował uczelniany dostawczak z nami i z kotłami zupy oraz suchym prowiantem. Kubki i garnuszki dostarczyły stołówki znajdujące się w pobliżu Uniwersytetu. Podobno do naszego akademika posiłki dostarczały okoliczne zakłady pracy.
Nie pamiętam, jak długo trwał nasz strajk. Trzy, najwyżej cztery dni.
A potem czekaliśmy, co powie Gomułka. W akademiku sala telewizyjna była pełna. Mowa I sekretarza partii była haniebna, podsycana jeszcze przez słuchającą go partyjną "elitę". Wrzeszczeliśmy do telewizora "Hańba!".
A kilka dni potem po kolacji w stołówce czekał nas redaktor Ubermann z telewizji lokalnej, żeby wyjaśnić "tło marcowych wydarzeń". Okazało się, że zarządzona została taka akcja. Dziennikarze partyjni nie mieli wyjścia. Odmowa mogła kończyć się wyrzuceniem z partii, a to groziło utratą pracy z wilczym biletem. Pamiętam, że pozwoliliśmy mu powiedzieć co chciał, a dopiero potem zaczęła się dyskusja. I wtedy poznałem talenty krasomówcze kilku moich kolegów, szczególnie z polonistyki. Piękną literacką polszczyzną wygłaszali zbudowane od A do Z przemowy, z cytatami klasyków retoryki politycznej antyku, Marksa, Lenina oraz konstytucji PRL, stojących w jawnej sprzeczności z PRL-owską praktyką sprawowania władzy. Dwaj z tych mówców po studiach trafili zresztą do radia i telewizji, jeden, o pięknym niskim matowym głosie i nienagannej dykcji, jako prezenter i publicysta polityczny, a drugi jako dziennikarz muzyczny.
A potem już były pożegnania z kolegami i koleżankami, o których genealogii nie wiedziałbym, gdyby nie ów haniebny marzec.
 
Studenci Wrocławia na pochodzie 1-majowym 1968. Ul. Świdnicka

poniedziałek, 12 lutego 2018

Fala antysemityzmu w Polsce płynie szeroką rzeką

Skandaliczna ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej, a faktycznie przeciw poznawaniu prawdy o postawach Polaków w czasie holokaustu, przyjęta w skandalicznym trybie przy walnym udziale indolentnej opozycji, zbiera swoje żniwo. Cały świat mówi o sprawie polskich obozów śmierci, szmalcownikach i cenzurze w Polsce.
Ale, co najgorsze, rozlała się po całej Polsce fala antysemityzmu, podsycana przez czołowych polityków rządu, z premierem na czele. Co i rusz wyskakują z księżyca wziętymi teoryjkami jak nie o tym, że tylko Polacy ratowali Żydów w czasie wojny, podczas gdy kraje Zachodu  wspierały wysyłanie transportów do obozów śmierci (tylko dlaczego mała Holandia ma raptem tylko o ok. tysiąc mniej drzewek w Yad Vashem? niż Polska?),  to o tym, że Żydzi nie ratowali Polaków, albo o braku waleczności Żydów we własnej obronie. Jakby nie było powstań w getcie i buntów w obozach koncentracyjnych, jakby nie było Żydów w AK i w partyzantce polskiej w której zresztą nierzadko musieli kryć się ze swoim pochodzeniem. I bez zwrócenia uwagi, że nie mieli czym walczyć, bo przecież nie mieli broni. 

środa, 31 stycznia 2018

Brunatnienie Polski przybiera na sile

Wydawałoby się, że skandal z tzw. Marszem Niepodległości, podczas którego jego uczestnicy nie niepokojeni przez siły porządkowe nieśli transparenty przez główne ulice Warszawy i innych miast oraz wykrzykiwali skrajnie nacjonalistyczne i nawołujące do przemocy hasła, który tak podobał się ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych Błaszczakowi, będzie jakąś nauczką dla rządzących. Nie stał się jednak. Niedługo potem w Katowicach grupa nacjonalistów nas oczach przyglądających się zdarzeniu policjantów wywiesiła na symbolicznej szubienicy portrety kilkorga polskich europosłów, a rządzący mieli  dla nich tylko usprawiedliwienia. Mało tego, inny polski europoseł porównał jedną z owych "powieszonych" europosłanek do szmalcownika. Dzięki czemu cały świat dowiedział się o mało chyba znanym - poza Polską, Niemcami i Izraelem - zjawisku szantażowania ukrywających się Żydów przez żądnych łatwego zarobku Polaków. Czeka go za to dymisja z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Ostatnio jeden z kanałów telewizji niezależnej (od rządu PiS) wyemitował film o polskich neonazistach, gloryfikujących Hitlera. Propagandziści rządowi najpierw próbowali przekonywać, że to grupa marginalna, a pokazana impreza, podczas której odbywał się rytuał na wzór kultywowanych przez NSDAP, miała charakter zamknięty. Zmasowana krytyka, także za granicą, zmusiła jednak rządzących do zlecenia zajęcia się sprawcami przez prokuraturę. Specjalnie piszę, że rząd poczuł się zmuszony do zlecenia prokuraturze, gdyż ta, podobnie jak i policja, zależne od dwóch bez mała lat od ministra, nie waży się na samodzielne kroki w stosunku do sprawców uznawanych za sojuszników władzy.

niedziela, 14 stycznia 2018

Opozycja parlamentarna zawiodła. Ale problem pozostaje

Część parlamentarzystów dwóch do tej pory zdeklarowanych partii opozycyjnych zachowała się fatalnie i głupio w głosowaniu nad nadaniem dalszego biegu jednego ze społecznych projektów ustaw, nazwanym umownie "Ratujmy kobiety", a będącym po prostu przyznaniem kobietom praw, które Organizacja Narodów Zjednoczonych zalicza do praw człowieka. Fatalnie, bo nie biorąc udziału w głosowaniu lub głosując przeciw nie uszanowali wysiłku setek tysięcy osób, które podpisały się pod projektem i tysięcy tych, którzy zaangażowali się w zbieranie podpisów, czyli takich m.in. jak ja. A głupio, bo przecież nie szło o przyjęcie ustawy, tylko o jej dalsze procedowanie, w tym poddane w wyniku prac komisji sejmowych drugiemu i trzeciemu czytaniu. Więc nie chodziło o danie wyrazu przekonaniom religijnym, a tylko o procedurę sejmową, której znajomości przecież wyborca ma prawo od parlamentarzystów oczekiwać.
A do tego niektórzy z nich wręcz idiotycznie się tłumaczyli, na przykład, że nie zdawali sobie sprawy, że ich głos jest taki ważny. 
Część tych posłów do tej pory pojawiała się na protestach, wygłaszała płomienne mowy o potrzebie obrony instytucji prawa i praw człowieka. I same przekreśliły wartość swoich słów oraz zamknęły przed sobą możliwość ewentualnych dalszych wystąpień. Bo z pewnością będą one kwitowane buczeniem i gwizdami.  Mam obawy, że spotka to także ich kolegów i koleżanki z obu partii, którzy zagłosowali jak na opozycję przystało*.